RSS
środa, 23 grudnia 2009
Operation Flashpoint: Dragon Rising

Kolejna recka do waszej oceny. Tej nieczytał nikt oprócz mnie, więc pewnie znajdzie się sporo błędów, które mam nadzieję mi wytkniecie. A po za tym to Wesołych Świąt! Zapraszam do recenzji Operation Flashpoint: Dragon Rising.

 

Operation Flashpoint: Dragon Rising


Przez ostatnie miesiące grałem sporo w gry które wymagały od gracza bardziej umiejętności celowania niż myśli taktycznej. Pomyślałem, że kolejna odsłona serii Operation Flashpoint będzie dla mnie doskonałą odmianą. Szczerze mówiąc nie zawiodłem się na tym tytule. Twórcy z Codemasters świetnie odwzorowali realizm jaki panuje na polu walki. Nie jest to produkcja typu Call of Duty gdzie brniemy przez mapy samemu wybijając zastępy wroga. Myśl taktyczna o której wspomniałem na początku jest głównym wymogiem bez którego nie mamy nawet co myśleć o OF: DR.

Pole walki w jakim przyjdzie nam stoczyć boje to głównie zalesione tereny Skiry. Jest to wyspa we wschodniej Azji na której Rosjanie znaleźli złoża ropy gotowej do wydobycia. Jednak Chińczycy uprzedzili naszych wschodnich sąsiadów wysyłając tam swoje jednostki. Zmusiło to Rosjan do poproszenia o pomoc Stanów Zjednoczonych które wysłały tam swoje wojsko. W grze wcielamy się w dowódców oddziałów które mają za zadanie wyplewić chińskiego wroga.

Rozpoczynając misję zazwyczaj znajdujemy się w sporej odległości od naszego celu, co daje nam możliwość zapoznania się z terenem w jakim przyjdzie nam stoczyć bój. Przed atakiem musimy sobie zaplanować w jaki sposób chcemy przeprowadzić natarcie. System wydawania rozkazów jest dosyć rozbudowany aczkolwiek bardzo łatwo można się do niego przyzwyczaić. Jego opanowanie jest niezbędne do sprawnego wykonania misji. Bardzo często musimy wydawać polecenia swoim towarzyszom w trakcie walki, która w doskonały sposób została opracowana przez twórców. Otóż bardzo dobrze odwzorowuje ona realne warunki panujące na polu walki. Prowadzenie ostrzału z 300m, ogień zaporowy, taktyczny odwrót bądź wstrzymanie ognia by zaskoczyć wroga agresywnym szturmem to tylko kilka atutów bez których nie było by możliwe wykonanie żadnej misji. Gdy wróg spostrzeże że jest ostrzeliwany natychmiast podejmie działania defensywne. Padnie na ziemie przez co trafienie go jest znacznie utrudnione, schowa się za zasłonę bądź przejdzie do ofensywy wraz ze wsparciem które za wszelką cenę będzie próbowało odeprzeć twój atak. AI przeciwnika jest postawione na bardzo wysokim poziomie przez co gra jest naprawdę wymagająca. Również AI towarzyszy jest bardzo dopracowane przez co pomagają oni w walce, a nie przeszkadzają jak to ma miejsce w innych grach. Główne problemy jakie mogą sprawiać są spowodowane niedokładnym wydawaniem poleceń przez gracza. Jednak można to szybko skorygować pod warunkiem że błędy te nie poskutkowały śmiercią kompanów. Gra ta w żadnym stopniu nie nadaje się do chaotycznego przechodzenia misji gdyż wystarczy jedna celna kulka wroga by uścisnąć dłoń Św. Piotra. Czasem upływa wiele loadów zanim wymyślimy dokładny plan wykonania zadania.

Twórcy zaszczycili nas również obecnością wielu pojazdów które możemy wykorzystać w walce. Jednak nie tylko my mamy do dyspozycji ciężki sprzęt bojowy. Wróg również nie omieszka użyć czołgów czy helikopterów żeby przechylić szalę zwycięstwa. Wystarczy że pojawi się jeden wrogi czołg by nasz doskonały plan wziął w łeb.

Gra ma bardzo wiele plusów dzięki systemowi walki i realizmowi jaki wprowadzili programiści z Codemasters. Jednak jak wszystko, ma również swoje minusy. Misje są dosyć monotonne i mogą znudzić po pewnym czasie granie, tym bardziej że nie zastosowano żadnych przerywników które rozwijały by fabułę. Odpada również utożsamianie się z bohaterami gdyż praktycznie po za nazwiskami nic o nich nie wiadomo. Jest to tylko moja opinia jednak uważam że twórcy z założenia chcieli abyśmy czuli się jak szarzy dowódcy szarych jednostek wykonujących tylko zadanie powierzone im przez górę. Dokładnie tak czułem się grając w tą grę. I wiecie co wam powiem? To było fajne. Chociaż raz jakaś odmienność od bohatera który jest jedynym ratunkiem dla świata. W końcu nie byłem super-man’em. Polecam grę wszystkim którzy chcą więcej myśleć niż strzelać. Ponieważ właśnie tego gra od nas wymaga. Zdecydowanie nie jest to produkcja dla fanów Serious Sama, bardziej widział bym przy niej maniaków strategii.

15:27, amsterdam997
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 grudnia 2009
The Saboteur

Czas na kolejną recenzję. Oczywiście i przy tej nie obeszło się bez niewielkiej korekty Davyda, jednak mam dla was niespodziankę. Kolejne recenzje nie będą już przez nikogo sprawdzane. Wrzucę to co sam napiszę, a jakość oceniać będziecie wy. Wiem nawet jaki tytuł będzie kolejny, ale tego wam nie zdradzę. Ok już dłużej nie przynudzam, zapraszam do lektury.

 

The Saboteur

 

Przy tej grze spędziłem wiele godzin których nie żałuję. Na początku moje pesymistyczne podejście odradzało mi ten tytuł, jednak w momencie gdy przeczytałem o wspinaczce po dachach i dywersyjnych misjach, całkiem zmieniłem stosunek do tej produkcji. Nie mogłem się wręcz jej doczekać. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem czego się spodziewać. Była to dla mnie swojego rodzaju niespodzianka. Śmiało mogę powiedzieć że zostałem pozytywnie zaskoczony.

Pewien Irlandzki kierowca rajdowy, Sean Devlin zostaje wciągnięty do Francuskiego ruchu oporu żeby stawić czoła III Rzeszy okupującej Paryż. Właśnie w tym pięknym mieście będziemy mieli do wykonania szereg misji których celem będzie osłabienie Nazistów.

Grając w tą grę czułem się jak bym grał w GTA - wielkie miasto z pełną swobodą poruszania się, w którym musimy przedostać się z punktu A do punktu B, żeby wykonać zadanie powierzone nam przez jednego z wielu zleceniodawców, możemy kraść samochody, kupować broń, gnębić przechodniów i walczyć z władzami miasta - to tylko kilka cech które upodabnia The Saboteur do serii Grand Theft Auto. Pandemic nie skopiowało żywcem produktu Rockstar, dodając własne elementy rozgrywki! Gra oferuje wspinaczki po niemal wszystkich budynkach i przemykanie po dachach, uprzykrzanie życia nazistom przez wysadzanie ich składów z paliwem, czołgów, mostów, możliwość korzystania z różnego rodzaju działek przeciwlotniczych, przebieranie się w mundur żołnierzy wermachtu czy gestapo by ułatwić sobie ciche wykonanie misji... Przejdźmy do ważnej rzeczy, jakim jest uzbrojenie. W grze mamy dostępny duży arsenał broni - od pistoletów, aż po wyrzutnie rakiet, nie pomijając materiałów wybuchowych. Broń możemy sobie dobierać zgodnie ze sposobem w jaki chcemy wykonać misję. Do tego mamy szereg ulepszeń, jakimi możemy nafaszerować nasz zestaw młodego sabotażysty. Wszystko jest dostępne u handlarzy na czarnym rynku.

Mogło by się wydawać, że skoro to II Wojna Światowa, to auta jakie udostępnili nam twórcy będą wolne i mało przyjemne w prowadzeniu. Nic bardziej mylnego. Fakt, jest sporo samochodów które szybciej stoją niż jadą. Jednak nie trudno ukraść samochód który ma pod maską trochę koni i można nim poszaleć, zwłaszcza że nasz główny bohater to rajdowy kierowca.

Bardzo ciekawym rozwiązaniem wprowadzonym w The Saboteur jest system ‘Will To Fight’. Na początku gry poruszamy się po czarno-białym mieście w którym okupowani Francuzi nie mają chęci do stawiania oporu okupantowi. Jednak wraz z kolejnymi atakami sabotażowymi miasto nabiera kolorów, a w mieszkańców wstępuje wola walki przez co chętnie pomagają Sean’owi, gdy ten ma problem z Nazistami

Graficznie gra prezentuje się ładnie. Sądzę nawet, że w zupełności wystarczająco. Gdyby zrobić to jeszcze lepiej, to przy tak dużym mieście wymagania znacznie by wzrosły, a według mnie teraz są odpowiednie. Myślę że narzekać będą tylko ci, którzy dopatrzyli się błędów w Crisisie odpalonym na max detalach.

Jak dla mnie gra świetna. Dobry pomysł zrealizowany w bardzo dobry sposób, który pokazuje skradanki takimi, jakimi być powinny. Ciche zakradnięcie się do celu tylko po to żeby wysadzić go w jak najgłośniejszy sposób dzięki czemu w pogoń za nami ruszają hordy żołnierzy niemieckich. Przypomina to trochę Assassins Creeda, może po za tymi wybuchami... ale to dobrze.

18:28, amsterdam997
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 grudnia 2009
Rogue Warrior

Moja pierwsza notka na pierwszym blogu. To chyba ważne wydarzenie? No jak dla mnie to napewno. Kolejny blog o grach, ile to już ich powstało. Ostatnio po rozpoczęciu cyklu "Jak zostać dziennikarzem growym?" w serwisie gamezilla.pl powstało ich zapewne więcej niż przez ostatni rok. Wypowiedzi ludzi zajmujących się tym tematem od lat skłoniło wiele osób do spróbowania się w tej dziedzinie. Nie będę ukrywał że jestem jedną z tych osób. W gry gram od zawsze. Pierwsza rzecz jaką pamiętam ze swojego życia to chyba zielony ekran Atari... taaa... to były czasy. Później pegasus, IBM aż wreszcie na komunie kupiłem pentiuma. Teraz mam 19 lat i wyrosłem na Grzesia znanego wszystkim jako maniak komputera. Dokładnie tak nazywają mnie znajomi, ale chyba mimo to mnie lubią. Przynajmniej takie sprawiają wrażenie. Pisać lubiłem zawsze. Czemu nie pisałem nigdy o grach? Nie wiem, sam się dziwie. Ale ważne że teraz będę pisał i mam całkiem dobry początek. Już na początku redakcja magazynu onezine zgodziła się przyjąć takiego laika jak ja bym mógł zdobyć u nich potrzebne doświadczenie. Jestem im za to bardzo wdzięczny. Moja pierwsza recenzja powstała właśnie dla nich i wiecie co... spodobała im się. Cenne rady i wskazówki dostałem od zastępcy redaktora naczelnego, Davyda. Świetny ziomek. Młodszy wiekiem, ale znacznie starszy doświadczeniem, zgodził się zostać moim mentorem na początku mojej kariery. A tu macie link do jego bloga. Dobra, wystarczy już tego wstępu. Czas na punkt kulminacyjny. Przed wami moja pierwsza w życiu recenzja gry Rogue Warrior.

 

Rogue Warrior

Rogue Warrior to gra o której nie jest bardzo głośno. Sam dowiedziałem się o niej przez przypadek z pewnego forum growego. Jest to projekt Bethesda Softworks stworzony przez Zombie Studios... przynajmniej tak było na początku, jednak po pewnym czasie żywe trupy zastąpiło studio Rebellion, twórca serii Alien vs. Predator.

Fabuła nie jest specjalnie rozwinięta. Akcja toczy się w 1986r. Na terenach Korei Północnej. Wcielamy się w postać Dick’a Marcinko, dowódcy amerykańskiej jednostki SEAL która zostaje wysłana na daleki wschód aby w odpowiedni sposób zająć się komunistycznym arsenałem nuklearnym. Gra z założenia miała oferować możliwość cichej egzekucji wrogów by swoją obecnością nie zwracać uwagi całego oddziału. Jak wyszło? Nie za dobrze. Fakt, możliwość podkradania się do wrogów jest, a ich cicha egzekucja wyciągnięta jest rodem z Manhunta. Jednak nie trwa to długo. O tuż w dalszej części każdej z misji zawsze znajdzie się jakiś wojak który odkryje naszą obecność i niezwłocznie zawiadomi o tym wszystkich swoich towarzyszy, a cała nasza assasinowa wędrówka pójdzie na marne. Wtedy nie pozostaje nam nic innego jak złapać jedną z niewielu broni jaką oferuje gra i przeć do przodu niczym Rambo.

Poruszając się po lokacjach jakie stworzyli dla nas twórcy, napotykamy większe bądź mniejsze grupy przeciwników. Opór z ich strony bywa całkiem spory, jest on jednak spowodowany liczebnością wroga, a nie jego taktyką. AI wbrew zapewnieniom twórców stoi na bardzo niskim poziomie. Nie boję się powiedzieć że wręcz przypomina ten z pamiętnego Wolfenstaina 3D. Na początku misji, gdy jeszcze podkradamy się do wrogów, możemy bezproblemowo biegać za ich plecami, a ci i tak nas nie usłyszą. W otwartej walce nie jest wcale lepiej. Wróg rozstawi się na pozycjach i nie zmienia ich aż do śmierci, wychylając się co jakiś czas by oddać strzał. Zabijanie ich w tym wypadku ogranicza się do zlokalizowania pozycji wroga i strzeleniu do niego w momencie gdy się wychyli. Można też obrzucać przeciwnika granatami od których nie chętnie ucieka.

Grafika prezentuje się ładnie, jednak nie spełnia standardów Crisisa, czy Far Cry’a 2. Nie jestem typem gracza który wybiera gry na podstawie grafiki, więc nie przeszkadzały mi niedociągnięcia których nie mało w RW, aczkolwiek słyszałem opinie które krytykowały wygląd tej produkcji jak by mówiono o wspomnianym już Wolfenstainie.

Kolejną ciekawostką są bugi, jedne w rozgrywce przeszkadzają mniej inne bardziej, jednak są... i to na znacznie większą skalę niż mogło by się wydawać. Gdy strzelałem do jednego z Koreańczyków wytłumionym pistoletem, ten zrobił kilka dziwnych rotacji w powietrzu po czym spadł na ziemie. Nie wyglądało to zbyt realistycznie, aczkolwiek bardzo zabawnie. Panowie z Rebellionu, umożliwili nam wykorzystanie różnych skrzynek czy ścian do osłony zza których możemy się wychylić, by zestrzelić wroga. Jednak na większą skalę jest to nieporęczne, a w niektórych momentach przy użyciu takiej zasłony obraz szaleje uniemożliwiając nam grę i zmuszeni jesteśmy wychylić się w standardowy sposób, ‘na rambo’.

Odpowiedni jest za to język jakim posługuje się nasz bohater w walce. Słowa typu ‘fu**’, ‘motherfuc***’ czy ‘bullsh**’ są często używane przez Dick’a, który lubi komentować zabijanie wroga. Czemu powiedziałem że jest to odpowiednie? W bardzo wielu strzelankach, w których walczymy o życie jesteśmy przedstawiani jako bohaterowie którzy zachowują zimną krew w każdej sytuacji, panując również nad własnym językiem. Według mnie jest to prawie niemożliwe gdy wokół nas giną nasi przyjaciele. Dlatego w tej kwestii RW ma u mnie dużego plusa.

Podsumowując, Rogue Warrior jest kolejnym zwykłym FPSem w którym chodzi o zabijanie wrogów, a fabuła ma podrzędne znaczenie. Zdecydowanie więcej w niej Warrior niż Rogue, co może rozczarować fanów skradanek, jednak spodoba się ona sympatykom strzelania do kaczek. Nie jest to gra dla młodych graczy, ponieważ dużo w niej brutalności (np. wspomniane wcześniej manhuntowe egzekucje), jednak tym starszym powinny spodobać się teksty mówione które mimo swej wulgarności wywołują uśmiech na twarzy.

Recenzja napisana dla:

www.onezine.pl

 

 

18:35, amsterdam997
Link Komentarze (1) »